W zgranym tandemie

Bycie swoim najlepszym kumplem to fajna sprawa. Każdy przecież wie , że najlepszy kumpel to prawdziwy skarb. Ja powiedziałabym nawet – to kwestia absolutnie podstawowa gwarantująca pewną stabilizację egzystencjonalną , która jak wiadomo z natury rzeczy swej wcale taka stabilna i stała być nie chce. Posiadanie więc w sobie kogoś kto stanowi swego rodzaju stabilizator, wydaje się być rzeczą bezcenną. No bo z takim kumplem zawsze można pogadać, znaleźć w nim zrozumienie, wsparcie, pocieszenie. Kiedy trzeba otrze łzy i poklepie krzepiąco po ramieniu dając tym samym ogromną dawkę nadziei na lepsze, szczególnie wtedy, gdy  kryzys nachalnie zagląda tu i tam. Taki kumpel to skarb. Coś jak magiczny antyk znaleziony na targu staroci albo brak swędzącego bąbla po ugryzieniu komara. To ulga i źródełko siły, z którego można spijać lub w ogóle bez skrępowania zanurzać się w długich zanurzeniach.

Pomimo całej tej wiedzy –  do tego, aby stać się swoim kumplem na dobre i na złe dochodziłam całkiem stromo, wcale nie prosto. Często nieprzyjemnie i wyjątkowo niemiło. Niezmiernie długo bowiem zajęło mi zrozumienie, że lepiej wychodzę na tym, kiedy jestem swoim przyjacielem, a nie wrogiem, lub też innym wydarzeniem sabotującym mnie samą . O niebo lepiej jest kiedy stanowię ze sobą zgrany team i działam w zgodzie ze sobą oraz na korzyść mnie samej. To takie oczywiste, prawda? Dla mnie -bardziej niż kiedyś – odkąd zaczęłam prawdziwie rozumieć i czuć pojęcie asertywności, co przełożyło się na wcielanie jej w życie. Dawniej wydawało mi się , że ją pojmuję, a nawet stosuję, jednak działania te ograniczały się do przyswojenia samego hasła, odbywały się powierzchownie, bez konkretnych posunięć, co skutkowało tym , że w realnym postępowaniu asertywna nie byłam.

Nie było i nie jest mi łatwo taką właśnie być. Powiem więcej – dużo pracy kosztuje mnie przełamywanie własnych barier, wpojonych i wypracowanych przez lata schematów, zachowań( zakodowanych jeszcze pewnie w DNA ), które były zaprzeczeniem szanowania  moich własnych granic na różnorodnych płaszczyznach.  To proces holistyczny, głęboki, w istotę którego wliczone są potknięcia i porażki. Jednak zauważanie i odczuwanie pierwszych, choćby najmniejszych efektów postępowania tego najlepszego kumpla we mnie wobec mnie – to doznanie wprost cudowne. Sukces niweluje smak porażki całkowicie pozostawiając po sobie obłędnie słodki smak w każdym kubku smakowym.

W tym konkretnym przypadku, czy też procesie, zadziałała u mnie metoda małych kroków.  Powoli , czasem systematycznie , czasem chaotycznie wcielałam w życie różne asertywne zachowania, myśli, emocje. Obserwowałam ich skutek mniej lub bardziej świadomie, starałam się wytrwać w asertywnej postawie i nie udawać przed sobą , że jest git kiedy we mnie wszystko krzyczy albo szepce , że nie jest. To właśnie dla mnie najważniejsze – żeby siebie nie krzywdzić na czyjąś korzyść, żeby być dla siebie dobrą w danej sytuacji i zadbać o to co ważne- mnie samą.

Z takich to postanowień i postępowań oraz banalnych przemyśleń zrodził się ten najlepszy kumpel we mnie.  Muszę przyznać, że od momentu wzajemnego uściśnięcia sobie dłoni podróżuje mi się jakby lżej i lepiej. Ważne, że razem łączymy siły, żeby wspólna jazda była jak najlepsza. Czasem nawet zuchwale zostawiamy konkurencję w tyle…

 

20131002_183036 kr.jpg

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s